Pensja od państwa dla wszystkich Polaków, wystarczy, że skończysz 18 lat - co Ty na to?

czwartek, 18 maja 2017

Minęło już trochę czasu, odkąd Polacy odebrali swoje pierwsze 500+. Emocje powoli opadają, można by powiedzieć, że ludzie zaczynają się przyzwyczajać do tego, że już żadna władza nie będzie mogła się z tego wycofać. Trzeba po prostu zakasać rękawy i pracować na opłacenie wyższych podatków, o których pewnie niedługo usłyszymy, bo obecnie program 500+ i tak został sklecony na granicy dopuszczalnego deficytu, a w przyszłości z pewnością nie będzie lepiej.

Fot. www.flickr.com | Creative Commons

Jednak zanim ktoś rzuci kamieniem albo sztachetą w rządzących, zastanówmy się, co by było, gdyby zamiast wszystkich zasiłków i zapomóg dla potrzebujących, Polska wprowadziłaby dochód podstawowy.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie felieton opublikowany na jednym z blogów POLITYKI. Postanowiłem przyjrzeć się dochodowi podstawowemu i podzielić się z Wami wnioskami na ten temat. Cóż, wbrew pozorom wiele by się zmieniło, gdybyśmy zaczęli wypłacać to specyficzne świadczenie. Jednak, zacznijmy od początku.

Co to takiego, dochód podstawowy?
Najprościej mówiąc, jest to socjalno-polityczny model finansów publicznych zakładający, że każdy obywatel, bez względu na sytuację materialną, otrzyma od państwa jednakową, określoną w ustawie, kwotę pieniędzy, która nie będzie podlegała opodatkowaniu.

Życie w państwie dobrobytu zapewniającym tak wysokie świadczenie przysługujące każdemu obywatelowi – bez spełniania jakichkolwiek warunków z wyjątkiem posiadania obywatelstwa tego kraju – prezentuje się całkiem ciekawie, ale tylko do momentu, kiedy mamy tę ideę w głowie. Możliwe, że dlatego pomysł wprowadzenia dochodu podstawowego ma się nieźle i jest tak propagowany przez jego zwolenników. Jednak, kiedy zaczniemy liczyć, zderzymy się z barierą nie do przekroczenia, czyli brakiem odpowiednich środków finansowych.

Bez dodatkowych założeń – przyjmujemy tylko liczbę Polaków mieszkających w naszym kraju, świadczenie przyznaje się tylko osobom, które skończyły 18 lat, a jego wysokość to w przybliżeniu 1459 złotych netto miesięcznie (ekwiwalent najniższej krajowej w 2017 roku).

Według założeń „dochodu podstawowego”, świadczenie powinno wystarczyć wyłącznie na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. Biorąc pod uwagę trudy życia Polaków zarabiających tylko najniższą krajową (co ciekawe, w Polsce aż 400 tysięcy osób musi się utrzymać za te pieniądze), możemy śmiało założyć przy obliczeniach, że bierzemy pod uwagę tę konkretną kwotę.

Dodatkowo emeryci, zamiast emerytury, będą otrzymywali ten sam ekwiwalent, co reszta społeczeństwa. Jeszcze tylko rzut oka na aktualne statystyki demograficzne (z 2015 roku) i już możemy poznać uproszczone wartości wydatków, w zestawieniu z budżetem, jakim Polska dysponowała w 2015 roku.



Już na samym początku widzimy, że biorąc pod uwagę możliwie najbardziej racjonalne wyliczenia, budżet państwa musiałby wzrosnąć o 61%. Zaś dopuszczalny deficyt w 2015 roku wynosił około 13,63%, co oznacza, że państwo musiałoby się wzbogacić o prawie 150 miliardów rocznie, żeby pokryć astronomiczny wydatek związany z bezwarunkowym dochodem podstawowym. Czy to możliwe? Odpowiedzcie sobie sami.

Skąd wziął się pomysł wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego?
Jego korzenie sięgają połowy XX wieku. Jest rozważany aż do dzisiaj, jednak wciąż żadne państwo nie zdecydowało się na wprowadzenie go w życie w najczystszej postaci.

Cóż, demograficzne przesłanki wydają się temu przeczyć. O ile w połowie XX wieku, kiedy liczba pracujących znacznie przewyższała pulę potencjalnych beneficjentów, o tyle po 1980 roku, gdy mieliśmy ostatni boom urodzeniowy, ciężar wydatków byłby nie do udźwignięcia.

Dodatkowo, w latach powojennych, wydatki państwowe stały na zdecydowanie niższym poziomie niż obecnie. Nie trzeba było jeszcze spłacać zagranicznych kredytów, ratować frankowiczów, ani spełniać drogich, populistycznych obietnic składanych wyborcom.

Większość krajów Europy boryka się z problemem starzejącego się społeczeństwa. Polska nie jest w tym odosobniona. Według prognoz GUS, w ciągu najbliższych dwudziestu sześciu lat, liczba Polaków spadnie z nieco ponad 38, do około 35 milionów. Winny będzie przede wszystkim styl życia, który zmusza ludzi do korporacyjnego wyścigu szczurów, a nie do myślenia o założeniu rodziny.

Cóż, dawniej bezpieczeństwo finansowe na starość dawała, przede wszystkim, demografia, nie zaś etaty czy oszczędności trzymane w skarpecie na czarną godzinę.

Niestety, nie mówi się już dzisiaj o tym, że dawno temu, kiedy nie było ZUS-u, obowiązek utrzymania seniorów rodu spadał na ich dzieci, kiedy te weszły w okres produkcyjny i mogły zająć się zarabianiem na życie. Teraz ten system został wyparty przez ubezpieczenia społeczne, na które wszyscy solidarnie się zrzucamy.

Jednak, co by było, gdyby ZUS został zlikwidowany?
Większość emerytów zapewne umarłaby z głodu albo dostałaby coś na kształt socjalnej emerytury, którą trzeba by było dopisać do za długiej już listy państwowych wydatków. Wielu seniorów nie mogłoby zwrócić się po pomoc do dzieci, ponieważ albo miałoby tylko jedno, albo żadnego. Kariera robiona w młodości kosztem zakładania rodziny, dopiero na starość odbiłaby się nam bolesną czkawką.

Ideę bezwarunkowego dochodu podstawowego powołano do życia w czasach, kiedy mogła zadziałać, ale nie była potrzebna. Tymczasem w XXI wieku, mogłaby się okazać zbawienna dla pewnych narodów, ale właściwie nikogo na nią nie stać.

Szukając informacji na ten temat, można się natknąć na wywiady z ludźmi propagującymi to rozwiązanie, uznając je za jedyne wyjście z patowej sytuacji, jaką jest postępująca robotyzacja. Nie ulega wątpliwości, że współczesna myśl techniczna idzie do przodu, stawiając przy tym siedmiomilowe kroki. Każdy, kto ma choć trochę wyobraźni, szybko zda sobie sprawę z tego, że w przeciągu kilku dziesięcioleci zawody, w których króluje powtarzalność czynności, zostaną zdominowane przez roboty.

Obecnie testuje się samoobsługowe kasy fiskalne w marketach, linie produkcyjne w zakładach motoryzacyjnych zdominowały mechaniczne ramiona składające dla nas samochody w takich ilościach, jakich ludzie nigdy nie zdołaliby wykonać własnymi rękoma. W domach sprzątają za nas samojezdne odkurzacze, trawniki koszą kosiarki, za którymi nie trzeba już chodzić. Zdawałoby się, że żyjemy w czasach, w których pozostaje nam tylko leżeć i patrzeć, jak to wszystko, co stworzyliśmy, pięknie za nas pracuje.

Jednak to beztroskie obserwowanie dokonań ludzkości, szybko stanie się udręką, kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, jak wielu wykwalifikowanych pracowników zostanie w przyszłości wypartych ze swoich zakładów pracy. Ludzie mają swoje ograniczenia – przede wszystkim są to szybkość wykonywania czynności oraz wytrzymałość i potrzeba regeneracji.

W starciu z robotami pracującymi w zakładach motoryzacyjnych, już na samym początku przegrywamy we wszystkich kategoriach. A co będzie, jeśli za trzydzieści lat autonomiczne samochody staną się standardem na wyposażeniu zakładów komunikacji miejskiej i firm taksówkarskich? Wtedy na bezrobociu wyląduje ogromna liczba pracowników, których żaden rynek pracy nie zdoła wchłonąć.

Człowiek, który przez całe życie specjalizował się w wykonywaniu tylko jednej, konkretnej czynności, nie będzie zdolny przed emeryturą zaprzątać sobie głowę zmianą kwalifikacji, która będzie dla niego oznaczała wywrócenie dotychczasowego życia do góry nogami.

Myślę, że to przede wszystkim na taką ewentualność może się okazać potrzebna idea dochodu podstawowego. Jednak czy nie byłaby ona wtedy tylko ładniej nazywanym zasiłkiem dla bezrobotnych? Co się zmieni, jeśli będziemy dawać wypartym z rynku pracy ekwiwalent najniższej krajowej, który do tej pory otrzymywali wykonując swoje zawody?

Prawdopodobnie nie zmieni się nic, prócz motywacji do dalszego poszukiwania pracy. Jak wspominałem wcześniej, starzy wyjadacze wyrzuceni z branży na skutek robotyzacji, prawdopodobnie będą mieli nikłą chęć do poszukiwania nowych wyzwań i zdobywania kwalifikacji w innym zawodzie. Tym bardziej, że dostaną i tak 1459 złotych, więc ich status materialny nie ulegnie zmianie, ale zyskają za to mnóstwo wolnego czasu, który będą mogli wykorzystać na rozrywki, na jakie nie mogli sobie pozwolić, pracując od zmierzchu do świtu, a w ciągu dnia odsypiając zarwane noce.

W prawdzie nie pojadą na wycieczkę na Malediwy, ale to i tak nie zmienia faktu, że większości z nich wystarczy obejrzenie zaległych seriali i filmów w telewizji albo pójście od czasu do czasu na ryby, czy na piwo z innymi ofiarami systemu.

Gdybyśmy obecny zasiłek dla bezrobotnych zastąpili tym lepiej brzmiącym odpowiednikiem, musielibyśmy się zastanowić, czy nie należy zrezygnować z innych darmowych usług od państwa – chociażby służby zdrowia.

Gdyby w idealnym społeczeństwie wszyscy korzystali z dochodu podstawowego, to przecież zachodziłoby pytanie, czy darmowe usługi medyczne nie powinny zostać opłacone (pomijam fakt, że i tak oddajemy na ten cel pewną pulę z podatków).

Jednak wróćmy jeszcze na chwilę do idealnego społeczeństwa i państwa dobrobytu. Odwołując się wciąż do tych samych danych, chciałbym omówić konsekwencje wprowadzenia w dzisiejszych czasach tego typu świadczenia (nawet, gdybyśmy mieli w zamian zrezygnować z darmowej opieki medycznej, 500+ i zasiłków dla bezrobotnych).

Niektórzy komentatorzy twierdzą, że moglibyśmy mieć kolejny kryzys imigracyjny. Zapewne pamiętacie jeszcze, co działo się latem 2015 roku, kiedy Syryjczycy masowo opuszczali kraj i przenosili się do Europy. Wtedy powodem były wojny i oparcie socjalne w cywilizowanych państwach. Tym razem głównym powodem miałby być właśnie dobrobyt socjalny, ponieważ do pobierania dochodu podstawowego wystarczy samo obywatelstwo, bez dodatkowych wymagań (tak to wygląda obecnie w Finlandii, gdzie to rozwiązanie jest w fazie testów).

Kolejną palącą kwestią jest – czy wprowadzając dochód podstawowy, powinniśmy zlikwidować wszystkie inne wsparcia socjalne?

Oczywiście powinno się zlikwidować wszystkie zapomogi finansowe, gdzie odbywa się przekazywanie pieniędzy do rąk potrzebujących. Jednak myślę, że pozostawienie „przy życiu” publicznej służby zdrowia będzie rozsądnym posunięciem.

Oczywiście likwidacja zapomóg finansowych poprowadziłaby w naturalny sposób do oczyszczenia administracji z tysięcy niepotrzebnych urzędników, którzy nie mogliby protestować, że wylądują bez środków do życia, bo byliby uprawnieni do pobierania dochodu podstawowego. Zwolennicy tej idei przytaczają tę kwestię jako argument za wprowadzeniem. Prawdą jest, że w pierwszych latach przeżywalibyśmy przejściowy okres prosperity gospodarczej spowodowany zmniejszeniem liczby etatów. Jednak równie szybko przejedlibyśmy zyskane pieniądze.

Z drugiej strony, czeka nas zwiększenie podatków, ponieważ państwo nie zarabia. Głównym źródłem dochodu dla Polski są daniny ściągane od obywateli. W przypadku wprowadzenia tak znacznego obciążenia budżetowego, należałoby je podnieść.  

Tylko tutaj pojawiłby się kolejny problem, a mianowicie to, że dochód podstawowy, według jego założeń, nie może być opodatkowany. Jeśli rozdawalibyśmy pieniądze wszystkim, jednocześnie licząc tylko na podatki od tych, którzy pracują zarobkowo albo dorabiają do płaconej przez państwo pensji, to w efekcie piłowalibyśmy gałąź, na której siedzimy.

Ostatecznie musiałyby w znacznym stopniu wzrosnąć podatki pobierane od przedsiębiorców. Nie oszukujmy się, odczuliby to tylko i wyłącznie konsumenci, bo sklepy z pewnością przerzuciłyby wyższe podatki na klientów, podnosząc ceny towarów. Do tego doszłyby skutki inflacyjne, spowodowane spadkiem wartości pieniądza. Najprościej mówiąc – skoro wszyscy dostają, to wszyscy mogą kupować, więc przy wzrastającym popycie, naturalnie na rynku wystąpiłoby zjawisko wzrostu cen.

Na koniec dochodzimy do pytania – dla kogo ten system jest dobry i kiedy warto o nim myśleć?

Postępująca robotyzacja wpływa na wzrost bezrobocia dotykającego wykwalifikowanych pracowników (nie tylko w sektorze produkcyjnym, ale również w usługach i administracji) i w naturalny sposób skłania rządzących do szukania rozwiązań. Co zrobić z długotrwale bezrobotnymi? Można ich utrzymywać na poziomie pozwalającym przeżyć z miesiąca na miesiąc albo pozwolić im umrzeć z głodu, bo zostali wyparci z rynku pracy przez maszyny, których w żaden sposób nie zdołają doścignąć.

To okrutna wizja przyszłości, ale wygląda na to, że za kilka dziesięcioleci państwa będą musiały radzić sobie z tym problemem. Ktoś z komentujących artykuły poświęcone temu tematowi napisał, że jeśli nie wybuchnie żadna wojna, to państwa będą musiały wprowadzić w życie dochód podstawowy. Myślę, że będzie to jedyny sposób na uniknięcie ataków ze strony rozgorączkowanych, głodnych i pozbawionych perspektyw ludzi.

Zapraszam do wzięcia udziału w dyskusji. Jestem ciekawy Twojej opinii.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, to zapraszam do przeczytania pozostałych i polubienia mojego profilu na Facebooku– będziesz na bieżąco.


4 komentarze:

  1. Najpierw musimy pozbyć się z naszego narodu natury kombinatorów i tego co zostawił w nas komunizm czyli tego ducha, że jak coś jest za darmo to trzeba to doić ile wlezie. Sporą część społeczeństwa to rozleniwi, ale na pewno też pozwoli mniej zdolnym żyć na lepszym poziomie. Pytanie czy to sprawiedliwe wobec tych bardziej zdolnych?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozleniwi, ale myślę, że każda forma zasilku w pewnym stopniu rozleniwia niektóre jednostki. Gdyby tak nie było to nie mielibyśmy w świecie pułapki ubóstwa.
      Mateusz.

      Usuń
  2. Jest jeszcze jeden aspekt znany dobrze w wojsku, ale nikt o nim już nie pamięta, prawdopodobnie ze wglądu na zniesienie obowiązkowej służby. Otóż ludziom trzeba organizować czad bo inaczej przychodzą im do głowy głupie pomysły. Widać to chociażby po mężczyznach bez pracy: Generalnie się rozpijają. Organizacja czasu będzie kosztować, a jak kasy będzie za mało to i czas na strajki czy rozróby pod Sejmem się znajdzie.
    Była też kiedyś teoria że jakby każdy obywatel miał kilka milionów na koncie to by żył z odsetek. Tylko że po kilku wyliczeniach wykonanych przez finansistów wyszło że skończylibyśmy z hiperinflacją w raptem kilka lat.
    Ludzie gdy nie mają noża na gardle i nie muszą kombinować, tylko wegetują. Dorzuć do tego wysokie opodatkowanie pracy i wysokie kary za pracę na czarno, a ludzie którzy będą chcieli coś osiągnąć wyjadą. Reszta zostanie zdegradowana do roli pieska domowego.
    Wg mnie to by się bardzo źle skończyło. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć!
      Cieszę się, że napisałeś taki komentarz, ponieważ nie patrzyłem na to w ten sposób. W zasadzie dużo się mówi o odpowiedniej organizacji czasu pracy. Nawet w szkołach czasem aranżuje się dla uczniów spotkania z ludźmi, którzy opowiadają o tym szerzej. Niemniej jednak, wciąż trudno człowiekowi samemu znaleźć sobie zajęcie, robić wszystko, co do niego należy.
      W zasadzie nie trzeba nawet patrzeć na bezrobotnych. Gdyby przyjrzeć się pracownikom w niektórych firmach, znalazłoby się paru, którzy nie potrafią zorganizować czasu w pracy i spędzają go za dużo nad jednym prostym zadaniem albo robią zbyt długie przerwy na kawę.

      Co do kwestii teorii, że gdyby dać każdemu ileś pieniędzy za nic, to skończylibyśmy z inflacją. Tak, to prawda. Ludzie są nastawieni na konsumpcjonizm. Istnieje jeszcze jedna teoria, która nazywa się inflacją stylu życia, co w skrócie oznacza, że im więcej zarabiam, tym więcej wydaję. Ludzie nie umieją oszczędzać, a co za tym idzie ciężko byłoby wymagać, żeby każdy pomyślał o życiu z odsetek, załóżmy na niezmienionym poziomie (wydaję co miesiąc tylko 5 tysięcy złotych i nie kusi mnie, że mam miliony na koncie). Wszyscy rzuciliby się do wydawania sprezentowanych pieniędzy i ceny poszłyby lawinowo w górę, co oczywiście jest inflacją.

      Pozdrawiam,
      Mateusz :) i zapraszam do obserwowania bloga.

      Usuń

 
Copyright © 2016. Finanse pod lupą.
Design by Herdiansyah Hamzah. & Distributed by Free Blogger Templates
Creative Commons License