Ciemna strona wyprzedaży. Wiedziałeś o tym?

czwartek, 24 listopada 2016

Zbliża się koniec roku, więc czas na wietrzenie sklepowych magazynów. Amerykanie mają swój Black Friday, Polacy Niedzielę Handlową (chociaż i tak próbujemy kopiować amerykańskie zwyczaje i może wybraliśmy dobrą drogę, po mówi się o zakazie handlu w niedzielę – WRESZCIE). Sprzedawcy znowu będą nas kusili okazjami, niskimi cenami, atrakcyjnym towarem i wieloma innymi rzeczami, które da się wcisnąć konsumentom.

handel


Oczywiście nie ma nic złego w okazjach. Jednak zanim wybierzecie się w grudniu na zakupy, pomyślcie ile rozsądku, a ile euforii zabieracie ze sobą! Trzeba wam wiedzieć, że handlarze stosują wiele trików mających przyciągnąć uwagę klienta. Nie zapominajmy, że w grę wchodzą pieniądze zalegające w magazynach. W okresie masowych wyprzedaży zarobek dyskontów zależy przede wszystkim od pomysłowości sprzedawców.

Na początku weźmy na tapet hipermarkety. Większość z nas musi przynajmniej kilka razy w tygodniu przejść się między półkami i wybrać najpotrzebniejsze rzeczy – co ciekawe, przy okazji wydając mnóstwo pieniędzy na produkty, bez których moglibyśmy się obejść.
Co ty na to, jeśli powiem, że za większością źle wydanych pieniędzy stoją proste chwyty właścicieli sklepów?
Poświęć chwilę na krótką refleksję. Przypomnij sobie, kiedy ostatnio byłeś w hipermarkecie (zapewne dzisiaj albo najdalej wczoraj – dasz radę przywołać to w pamięci). Pomogę Ci, bo zwykle wygląda to w ten sposób:

No, to podchodzę do drzwi na fotokomórkę. Jak zwykle otwierają się za późno, więc prawie uderzam głową w szybę, żeby łaskawie się rozsunęły. Szukam koszyka na zakupy, bo nie noszę własnego, licząc, że market poratuje biednego klienta.
Nie zawsze jest super, bo czasami trzeba dłuższej chwili, żeby znaleźć wolny kosz, a przecież mógłbym już zapakować do niego kilka produktów, gdyby w każdym sklepie leżały przy drzwiach.
Wchodzę między półki i zwykle zaczynam od pieczywa. Akurat poszedłem do sklepu głodny (BŁĄD! Nigdy tego nie rób, bo stracisz majątek na przekąski!), więc wiatrak, sprytnie zamontowany nad półkami uginającymi się od świeżo wypieczonych słodkich bułeczek, przyniósł do mnie ich zapach. Ślinka mi pociekła. Choć bardzo chciałem kupić tylko chleb, nie zdołałem się powstrzymać, cholera!
Wziąłem tylko jednego pączka i czym prędzej popędziłem dalej. Musiałem znaleźć makaron do spaghetti. Co ciekawe, te reklamowane leżą zawsze w zasięgu wzroku. Nigdy nie musiałem się schylać po Lubellę. (…)

Tu przerwę na moment, ponieważ ustawienie towarów na półkach jest ważnym zabiegiem logistycznym w hipermarketach. Oczywistym jest, że nie każdy lubi się schylać, a jeszcze mniej ludzi patrzy pod nogi, kiedy chodzi po sklepie. Dlatego ci producenci, którzy chcą sprzedać dużo towaru, płacą dyskontom za miejsce na półce, akurat na wysokości wzroku przeciętnego Nowaka. Jeśli klient będzie robił zakupy w pośpiechu, to nawet nie pomyśli, że sięga instynktownie po to, co podał mu sprzedawca.

Kiedy zależy mi na tym, żeby wydać mało, zaczynam patrzeć na ceny. Jeśli będę porównywał pobieżnie, to za każdym razem kupię szajs tylko dlatego, że jego cena kończyła się na 99 i wydawała się niższa…

Nie ma człowieka, który choć raz nie nabrałby się na tę prostą sztuczkę. Nasze mózgi uznają cenę 9,99 zł za dużo lepszą niż 10 złotych, mimo, że różnica wynosi tylko 1 GROSZ. Dlaczego tak jest? Ponieważ podświadomie zbliżamy cenę do 9, nie zaś do bardziej adekwatnych 10 złotych.

Kiedy wydaje mi się, że kupiłem już wszystko, zaglądam do koszyka, żeby się upewnić, że mogę już iść do kasy. Patrzę z góry na mój ogromny kosz zakupowy i na skandalicznie małą kupkę artykułów leżącą gdzieś na jego przepastnym dnie.
Od razu zastanawiam się, o czym zapomniałem. Patrzę jeszcze raz i wydaje mi się, że o niczym… ale zaraz, przecież mam w kieszeni listę zakupów! HA!
Przeglądam ją pospiesznie, bo widzę, że kolejka do kasy rośnie tak szybko, że ostatnie osoby już zerkają na mnie zza regałów. Okazuje się, że kupiłem to, co zapisałem na liście…
No, to idę do kasy.

Tym razem sprzedawcy nie udało się mnie naciągnąć. Miałem ze sobą listę zakupów, więc wielkość koszyka mnie nie zwiodła, choć przecież było blisko. Zastanawialiście się czasami dlaczego kosze zakupowe w hipermarketach są takie wielkie, że można by do nich zapakować konia z kopytami?
A właśnie po to, żebyśmy po zakupach zastanawiali się: „A co ja tak mało kupiłem? Może o czymś zapomniałem? Dobra, przejdę się jeszcze raz, nic się nie stanie…”. I w taki oto sposób znajdujemy na regałach coś, co nam się spodoba i łup do koszyka.

Stoję na końcu kolejki do czwartej kasy i obserwuję wartki strumień ludzi przepływający przez stanowisko innej ekspedientki. Zastanawiam się czy nie przejść do drugiego stanowiska, ale myślę, że mam dużo czasu i już mogę poczekać pięć minut dłużej.
Poza tym, przecież zawsze, kiedy stoję w kolejce, mam wrażenie, że ta druga porusza się szybciej. Nieważne…
Skoro już tu jestem, to popatrzę na wystawkę z książkami. Stoi tak blisko mnie, że nie muszę wychodzić z kolejki. Przeglądam książki i oczywiście trafiam na okazję. Przecież nie mogę odpuścić ładnego wydania „Miasteczka Salem” Stephena Kinga, w dodatku o połowę tańszego niż w księgarni!
Biorę, nie biorę? Hmmm… oczywiście, że biorę!
W ten sposób docieram do taśmy, wykładam zakupy, potem płacę i wychodzę z hipermarketu po kolejnej batalii, w której przegrałem tylko trochę pieniędzy. W końcu dałem się nabrać tylko na jedną ze sztuczek przebiegłych handlarzy.

Znacie pewnie taki widok: czterdzieści kas, ale tylko dwie są czynne… no kur$@ mać!
Zastanawiasz się dlaczego tak (w końcu masz na to czas, bo czeka cię jeszcze godzina kontemplacji) czemu nie przyjmą więcej pracowników? Może należałoby coś z tym zrobić? Konsument ma przecież jakieś prawa!
Tyle, że generowanie kolejek to często świadomy zabieg mający sprawić, że ludzie zdążą jeszcze przemyśleć zrobione zakupy i znaleźć coś, czego nie wrzucili do koszyka. Możecie w to nie wierzyć, ale zwróćcie czasem uwagę ile osób wychodzi z kolejki i znika między regałami.

A teraz drugi przypadek: galeria ­– miejsce, które do końca XX wieku kojarzyło się głównie z wystawami sztuk plastycznych. Dzisiaj, niemal dwie dekady później, każdy może sobie pójść do galerii HANDLOWEJ, pooglądać ciuchy.
Miasta prześcigają się w budowaniu coraz to piękniejszych i większych galerii, które przyciągają uwagę mnóstwa ludzi. Na pewno wielu z was zdarzało się wyjść w niedzielę na spacer i zupełnie przypadkowo zawędrować do galerii. Zwykle wygląda to tak, że niczego nie kupujecie i chodzicie tylko między sklepami, żeby popatrzeć na ładnie wystawiony towar.

Jeśli zajrzycie do sklepów tuż przed masowymi promocjami, możecie zderzyć się z wysoką i grubą ścianą wyśrubowanych cen. Na pewno wielu rzeczy nie będziecie w stanie kupić, bo uznacie, że są zwyczajnie za drogie. Niewarte takich pieniędzy!

Jednak, przychodzi pewien magiczny dzień, tylko jeden, raz do roku (ciepło, ale on wypada zawsze przed Wigilią), kiedy zaczyna się spektakularne obcinanie cen!
Niektórym wydaje się wprost niewiarygodne, że wczoraj ta sama bluzka była dwa razy droższa niż dzisiaj, ale Niedziela Handlowa (czy Black Friday, jak kto woli) to naprawdę magiczny dzień.

Niestety, prawda lubi być okrutna. W wielu przypadkach handlarze zmieniają ceny dużo wcześniej niż spodziewają się tego konsumenci spragnieni promocji. Jeśli chcesz coś sprzedać z zyskiem, to nie ma siły, żeby obniżać ceny w nieskończoność, dajcie spokój!
Jakim byłbym handlarzem, gdybym kupował rzodkiewki od rolnika za 50 groszy, wystawiał na bazarze za 1,5 złotego, a któregoś dnia robił promocję i sprzedawał po 30 groszy?
Byłbyś stratnym handlarzem – owszem.

Niektórzy sklepikarze poszli o krok dalej. To rozwiązanie jest raczej rzadko spotykane w Polsce, ale w Stanach Zjednoczonych maty spowalniające klientów zdarzają się dużo częściej! Mechanizm jest prosty – wolniej pchamy wózek, dłużej rozglądamy się po półkach aż znowu damy się nabrać na „promocję”.

Mówię wam, galerie handlowe to prawdziwe wyciskarki pieniędzy, a my wpadamy do nich jak pomarańcze do sokowirówki.

Ostatnim ciekawym przykładem manipulacji stosowanej przez sprzedawców są slogany typu: „za jedyne…” albo „już za…”. Możemy się o tym przekonać, kiedy zabłądzimy w sklepie z elektroniką, gdzie już na wejściu krzyczą do nas czerwone napisy z plakatów: „Możesz to mieć JUŻ ZA JEDYNE 239 złotych!”.
Prawda, że trafiła nam się okazja? Przecież to TYLKO 239 złotych! Brzmi korzystnie, w każdym razie tak mi się wydaje.

Nie lubię tego okresu. Wkurza mnie manipulowanie cenami i zachowaniem klientów. Jednak najtrudniej jest pogodzić się z tym, że sam daję się na to nabrać. W takim układzie nie wiem co gorsze – moja naiwność czy fakt, że ktoś inny wykorzystuje to, żeby wcisnąć mi jakiś badziew.
No cóż, każdy będzie miał w tej kwestii inne zdanie.

Chciałem was tylko ostrzec, że zbliża się okres, kiedy wasze portfele będą narażone na poważne infekcje wyprzedażowe. Nie pozwólcie im się rozchorować!

Mateusz Maludziński

2 komentarze:

  1. Wspaniały tekst, gratulacje tak perfekcyjnej analizy tego szaleństwa jakie ogarnia ludzi kiedy tylko wchodzą do sklepu.
    Myślę, że korzystanie z promocji jest sztuką, którą ciężko opanować. Dajemy się złapać na chwyty marketingowe bądź reklamy widziane w telewizji/usłyszane w radio. Ciężko jest odróżnić prawdziwą okazję od zmyślnego bubla. Obyśmy jednak mniej dawali się na to nabrać.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję!
      Możliwe, że analiza wyszła mi tak jak powinna, ponieważ pisałem ją na podstawie własnych doświadczeń. :p

      Pozdrawiam, Mateusz.

      Usuń

 
Copyright © 2016. Finanse pod lupą.
Design by Herdiansyah Hamzah. & Distributed by Free Blogger Templates
Creative Commons License