Felieton #2: Historia o Slender Manie

wtorek, 11 października 2016

Gangi uprowadzają dzieci z supermarketów dla pozyskania narządów, w sieciach fast-foodowych plują do burgerów, a za porwaniami naszych pociech – poza pasażerami czarnej wołgi– stoi jeszcze ktoś; wysoki i schludnie ubrany gość imieniem Slender Man.
Wiadomo jak szybko rozchodzą się plotki lub tak zwane „z ostatniej chwili”. Wydawałoby się, że jedno nie ma nic wspólnego z drugim, ale w dobie globalizacji po raz kolejny do głosu doszły miejskie legendy.


miejskie legendy


Historie pochodzące z nieznanych źródeł i o wątpliwej wiarygodności są tam, gdzie żyje jakaś społeczność. Charakter miejskiej legendy zależy od kultury panującej w danej grupie. Jednak odbiorcami strasznych opowieści były przede wszystkim dzieci wyjeżdżające na obozy harcerskie.

Dopóki niestworzone historie opowiadano tylko przy ognisku wszystko było w porządku. Niestety ostatnimi czasy bajki o duchach zaczęły ewoluować, a ich autorzy na nowo posiali ziarna paniki. W ten sposób ludowa opowieść o Żydach porywających dzieci, by wyssać z nich krew i użyć do rytualnej macy ustąpiła miejsca PRL-owskiej czarnej wołdze, którą rzekomo jeździli kidnaperzy.
Historia o obcych i demonach porywających dzieci również przeszła lifting, a zaniepokojeni rodzice zaczęli przestrzegać się nawzajem o gangsterach wabiących dzieci dla pozyskania organów.

Fenomen miejskich legend polega na wrodzonej ludzkiej ciekawości, która podsycona nakłania do dalszych rozważań. Tak powstają plotki i niekończące się domysły. W dobie internetu tego typu informacje pędzą jak rwący potok i docierają do niczego nieświadomych odbiorców, którzy najpierw przekażą rewelacje dalej, a potem próbują potwierdzić ich wiarygodność.

Pięć lat temu w internecie pojawiła się fotografia nienaturalnie wysokiego mężczyzny, ubranego w schludny garnitur, ścigającego grupkę zdezorientowanych dzieciaków.
Odbiorcy szybko ochrzcili go jako Slender Mana i przypisali mu zbrodnię sprzed wielu lat, co rozbudziło wielki szum wokół tajemniczego mężczyzny.
W 1983 roku w miasteczku Stirling spłonęła biblioteka miejska. Ze zgliszczy wydobyto dwie fotografie zrobione tydzień przed wybuchem pożaru – dokładnie w dniu, kiedy bez śladu zaginęło czternaścioro dzieci.
Na obu zdjęciach widać wysokiego i elegancko ubranego mężczyznę. Postać była pozbawiona twarzy, a z rękawów marynarki wychodziły długie mackowate ręce skierowane ku dzieciom.
Wedle tego, co mówiono Slender Man miał być odpowiedzialny za uprowadzenie wspomnianej czternastki. Być może sprawca zostałby ujęty, a śledztwo zamknięte, jednak mężczyzny nikt nigdy nie widział.

Pochodzenie Slender Mana jest łatwe do ustalenia. Twórcy serwisu Somethingawful mieli zachęcić użytkowników do tworzenia paranormalnych zdjęć (chodziło o manipulacje przy użyciu programów graficznych) wraz z krótką historią w pakiecie.

Mit stał się wielkim przebojem, a stacja BBC nadała mu tytuł „pierwszego wielkiego mitu internetu”. Od tamtej pory Slender Man na stałe zagościł w popkulturze, rozbudzając wyobraźnię artystów i innych – lubiących strach i gęsią skórkę – ludzi.

Podobne przykłady można mnożyć w nieskończoność, bo czeluści internetu w dużej mierze wciąż pozostają niezbadane i nigdy nie wiadomo co zostanie z nich wydobyte.
Z pewnością wielu z was słyszało o Yeti i Wielkiej Stopie – przypominając sobie o tym akurat podczas wakacji na lodowcu. Ilu z nas wybrało się na romantyczny spacer po lesie, przy świetle księżyca, myśląc o kapitanie Haku, który tej samej nocy mógł opuścić mury zakładu psychiatrycznego?

Miejskie legendy to nie tylko głupie opowiastki wymyślane przez niezrównoważonych albo „pseudo-zabawnych” ludzi. To również część cywilizacji – wystarczy wspomnieć legendy i podania towarzyszące ludzkości od wielu wieków (może nie tak przerażające, jak historie o klaunach mordujących dzieci). Zmierzam do tego, że wystarczy przestać w nie wierzyć, żeby „demony” przepadły albo zostały uśpione, dopóki ktoś znowu nie powoła ich do życia, lub nie „sfotografuje” Elvisa, kiedy kupował fajki w kiosku na rogu.

To właśnie wiara jest mechanizmem podtrzymującym życie Slender Mana, wampirów z czarnej wołgi, a nawet domniemanych porywaczy z supermarketów, którzy wyrywają dzieci z rąk rodziców, golą im głowy w toaletach i przebierają w zastępcze ciuchy, żeby wymknąć się niepostrzeżenie drugim wyjściem (zdajecie sobie sprawę jak to śmiesznie brzmi?).
Jak wspominałem wcześniej, połączenie szczątkowej informacji z odpowiednio spreparowanymi dowodami wywołuje głód wiedzy – w ten sposób ludzie załatwiają się swoją własną bronią, uzupełniając luki fantazyjnymi wizjami.

Podobno miejskie legendy umierają, kiedy przechodzą do popkultury. Niestety albo stety dzieje się tak z każdą opowiastką. Niemniej jednak, ludzka kreatywność nie zna granic i w ciągu kolejnych dziesięcioleci będzie można spisać nowe „Polskie legendy i klechdy”.


Mateusz Maludziński

P.S. Jeśli podobają Ci się moje teksty, to zapisz się na newsletter po prawej stronie. :) Dostaniesz wiadomość o nowych artykułach i opowiadaniach. :)

2 komentarze:

  1. Czytanie tego felietonu to czysta przyjemność. Napisany tak profesjonalnie, że rodzi się pytanie "dlaczego to już koniec?". Będę zaglądać tu częściej, gdyż blog umila mi czas :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo :)
      Niedługo opublikuję kolejne felietony, a w planie jest umieszczenie opowiadań na blogu z możliwością pobrania na czytniki i komputery :).

      Pozdrawiam,
      Mateusz.

      Usuń

 
Copyright © 2016. Finanse pod lupą.
Design by Herdiansyah Hamzah. & Distributed by Free Blogger Templates
Creative Commons License